Maraton Karkonoski
Blog

Mój pierwszy ultramaraton [wpis nie o Warszawie]

Dziś wpis nietypowy, bo nie o Warszawie. Ale zamieszczam go na Warsaw Smart City w nawiązaniu do tekstu o maratońskiej marce Warszawy oraz panoszącym się w sieci hejcie wobec biegania w zawodach rozgrywanych w centrach miast. Jak przeczytacie poniżej, biegacze ruszają też poza asfaltowe drogi i biorą udział w tak pięknych imprezach jak Maraton Karkonoski. Pamiętajcie o najbliższych dużych imprezach biegowych w stolicy: 30 sierpnia – BMW Półmaraton Praski i 27 września – 37. PZU Maraton Warszawski.

 

 

VII PZU Maraton Karkonoski – Ultramaraton

 

W minioną sobotę, 1 sierpnia, przebiegłem swój pierwszy bieg górski, a zarazem pierwszy ultramaraton. 46,7 km w niespełna 8 godzin. Dla obeznanych z tą odmianą biegania to pewnie wyczyn niewielki, ale dla mnie – dotychczasowe największe doświadczenie biegowe.

Lubię bieganie, choć nie jestem wytrawnym biegaczem. Trenuję nieregularnie, raczej zrywami niż zgodnie ze sztywnymi planami. Ale bieganie pozwala nabrać dystansu do codzienności. Będąc sam ze sobą mogę przemyśleć wiele bieżących spraw. Przy siedzącym trybie życia bieganie to też podstawowa porcja ruchu, pozwalająca utrzymać ciało w jako takiej formie. Moje wyniki są mocno przeciętne, ale biegania nie traktuję w kategoriach rywalizacji z innymi. Jeśli już mowa o rywalizacji, to raczej z samym sobą i swoimi słabościami.

 

Pomysł

Maraton Warszawski 2013 - finisz
Maraton Warszawski 2013 – finisz

Po ukończeniu Maratonu Warszawskiego w 2013 r. zacząłem szukać nowego wyzwania biegowego. Z oczywistych powodów miało być trudniej niż w przypadku asfaltowych 42 km i 195 metrów. Moją uwagę przyciągnęły ultramatrotny górskie, tym bardziej że uwielbiam góry, w których niejednokrotnie spędzałem czas na wielodniowych wycieczkach z plecakiem.

Najpierw przyjrzałem się w internecie chyba wszystkim odbywającym się w Polsce tego typu biegom. Wybór padł na Maraton Karkonoski. Uznałem, że jest to dobre miejsce, aby zacząć przygodę z ekstremalnym wysiłkiem biegowym. Dystans tylko nieznacznie przekracza klasyczny maraton, limit czasu jest spory (co daje realną szanse na ukończenie biegu przez takiego amatora jak ja), a cała trasa jest mi znana z pieszych wycieczek. Coś w sam raz dla mnie. We wrześniu 2014 r. wypełniłem zgłoszenie i opłaciłem wpisowe.

 

Przygotowania

Plany były ambitne. Od listopada ub.r. chciałem regularnie biegać 3-4 razy w tygodniu przy stopniowym zwiększaniu dystansu oraz z dużą ilością siły biegowej. Planowałem też zrzucić kilka zbędnych kilogramów, aby nie dźwigać ich ze sobą w górach.

Plany piękne, ale życie je zweryfikowało i treningi – jak dotychczas – robiłem mocno w kratkę. Regularność, zresztą też nie idealna, przyszła dopiero pod koniec kwietnia. Najdłuższe wybieganie wyniosło „tylko” 26 km, choć planowałem kilka po 30-35 km. Na szczęście udało mi się zamienić sporo treningów z asfaltu na leśne ścieżki. Za to nie wyszło nic z wcześniejszego wyjazdu w góry, aby choć kilka razy spróbować górskiego biegania na krótszych dystansach. Za góry musiała mi wystarczyć Kopa Cwila – górka na warszawskim Ursynowie, mająca od podstawy może 20-25 metrów…

 

Trasa

Trasa tegorocznego PZU Maratonu KarkonoskiegoMaraton Karkonoski - profil trasy była dokładnie taka sama, jak rok wcześniej. Start w okolicy dolnej stacji wyciągu na Szrenicę w Szklarskiej Porębie. Następnie podbieg nartostradą Puchatek do stacji przesiadkowej wyciągu i dalej szlakiem zielonym i żółtym przez Schronisko pod Łabskim Szczytem do Śnieżnych Kotłów (tutaj był jedyny limit czasu poza metą – 80 minut na ok. 6,5 km). Dalej trasa prowadziła czerwonym szlakiem przez  Przełęcz Karkonoską, Słonecznika, Schronisko Dom Śląski na Śnieżkę, skąd po zbiegu ze Śnieżki tzw. drogą letnią następował powrót identyczną trasą do Szklarskiej Poręby. Według organizatorów długość trasy ma 46,7 km.

Na trasie było sześć punktów pomiaru czasu połączonych z punktami z napojami (Schronisko pod Łabskim Szczytem, Schronisko Odrodzenie i Schronisko Dom Śląski).

 

Bieg

Start biegu został wyznaczony na godzinę 8.30 z limitem czasu 8 godzin. Na starcie pojawiłem się dość późno, bo dopiero o 8.00. Ale przyjęta przeze mnie strategia nie wymagała długiej rozgrzewki – za taką miało mi posłużyć pierwsze 6,5 km trasy, czyli startowe podejście do Śnieżnych Kotłów. 30 minut wystarczyło na złożenie w depozycie worka z zapasową odzieżą i butami na czas po biegu, toaletę oraz kilka ćwiczeń rozgrzewających.

Maraton Karkonoski - przed startem
Maraton Karkonoski – przed startem

Jeszcze przed startem podzieliłem sobie w głowie trasę na kilka krótszych etapów, które miały mi pomóc „skrócić” trasę do bardziej realnych odległości. Ta technika sprawdziła się i – jak się okazało później – pomogła ukończyć bieg w limicie czasu.

Pierwszy etap to był podbieg, a raczej podejście z dwoma 300-400 metrowymi lekkimi truchtami do Śnieżnych Kotłów, czyli do wieży RTV. Dotarłem na miejsce po 73 minutach, a więc 7 minut przed limitem. Choć było to długie i żmudne podejście, to wspominam je bardzo sympatyczne. Na pewno pomogło mi tutaj doświadczenie z chodzenia z dużym plecakiem po górach.

Kolejny etap to bieg granią i zbiegnięcie do Przełęczy Karkonoskiej. Najpierw ścieżka, omijając Wielkiego Szyszaka, prowadziła falująco (trochę w górę i trochę więcej w dół), by na ostatnie kilkanaście minut przejść w dość stromy zbieg drogą… asfaltową prowadzącą do przełęczy. Tutaj zameldowałem się po 2 godzinach i 8 minutach. Minuta na łyknięcie izotoniku i wody oraz przegryzienie kawałka banana i garści rodzynków.

Następny etap to Schronisko Dom Śląski pod Śnieżką. Wpierw mozolne podejście z nielicznymi próbami podbiegów do Słoneczników (mniej więcej tutaj minął mnie powracający już do Szklarskiej Poręby późniejszy zwycięzca zawodów Bartosz Gorczyca), potem już bardziej równą ścieżką bieg do schroniska, a po drodze chyba najpiękniejsze górskie widoki w Polsce na Wielki Staw, Mały Staw, Samotnię oraz Strzechę Akademicką. Od Słoneczników też było już cały czas widać majestatyczną Śnieżkę wraz z czekającym mnie podejściem. Niestety, od tego miejsca zaczęły się też kłopoty fizyczne, czyli skurcze, szczególnie lewej łydki, co bardzo burzyło rytm biegu. Po 3 godzinach i 34 minutach zameldowałem się przed schroniskiem pod Śnieżką. Dwa herbatniki, dwa łyki izotoniku i pod górę, bo do połowy limitu zostało tylko 26 minut.

Maraton Karkonoski - Śnieżka
Maraton Karkonoski – Śnieżka

Śnieżkę, czyli kolejny etap, zdobyłem w 20 minut. Cały czas pod górę, kamienną ścieżką, w tłumie turystów. Pod sam koniec nasiliły się skurcze, co zakończyło się mega skurczem na szczycie. Pierwszy raz w życiu przeżyłem coś takiego: jednocześnie nastąpił skurcz prawej i lewej łydki oraz prawego i lewego uda, w efekcie czego zaliczyłem jedyne siedzenie podczas całego biegu. Po pięciu minutach rozciągania udało się pogonić skurcze, choć od tego momentu aż do samej mety przy każdym szurnięciu lub nawet lekkim potknięciu lewa łydka przypominała mi, że ten bieg jej się nie podoba.

Zbiegnięcie do schroniska zajęło mi kolejne 13 minut. Tutaj dałem sobie całe 5 minut odpoczynku: ponownie nawodniłem się, zjadłem kilka ciastek i ruszyłem w kierunku mety mając na dotarcie do niej dokładnie 3 godziny i 40 minut.

Najpierw powrót do Słoneczników – marsz przeplatany podbiegami. Od Słoneczników prawie ciągły zbieg – o dziwo, bez jakiegoś dużego wysiłku – do Przełęczy Karkonoskiej, gdzie dałem sobie kolejne dwie minuty przerwy na kawałek banana, izotonika i uzupełnienie wody w plecaku. Z przełęczy ruszałem mając ok. 2 godzin i 20 minut do zamknięcia mety. Na styk.

I tutaj nastąpił chyba najgorszy dla mnie fragment tasy: najpierw podejście w pełnym słońcu asfaltem, które sadystycznie odbierało nadzieję na ukończenie biegu, a następnie dłużąca się – głównie przez zmęczenie – ścieżka przez Śląskie i Czeskie Kamienie, Śmielca, trawers Wielkiego Szyszaka do Śnieżnych Kotłów. Gdzieś na asfalcie obliczyłem sobie (na podstawie wiedzy o przejściach szlaków oraz porannego podbiegu), że jeśli dotrę do wieży RTV na 55 minut przed zamknięciem trasy, to zdążę. Ta myśl napędzała mnie: w miarę szybkie marszowe podejścia w górę i po płaskim (już nie dawałem rady biec po płaskim), i dość szybkie zbieganie przy nawet niewielkiej drodze w dół. Wieżę RTV minąłem, mając jeszcze 57 minut.

Maraton Karkonoski - meta
Maraton Karkonoski – meta
fot. www.datasport.pl

Te dwie „zaoszczędzone”minuty wykorzystałem na marsz i od odejścia żółtego szlaku z grani w dół ruszyłem szalonym biegiem po kamiennych schodkach do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Schronisko minąłem mając jeszcze 35 minut. Już wiedziałem, że zdążę, choć podczas dalszego zbiegu były momenty, że musiałem na chwilę przejść w marsz. Pełnia sił wróciła od momentu wbiegnięcia na dolny odcinek nartostrady Puchatek. Tutaj zapomniałem o bólu, skurczach, 40 kilku kilometrach i zmęczeniu. Nawet 30-metrowy podbieg do linii mety nie był już wyzwaniem.

Po 7 godzinach 56 minutach i 35 sekundach od startu przekroczyłem metę. 3 minuty i 35 sekund przed limitem 😉 Pamiątkowy medal, butelka wody, uścisk dłoni. Co czułem w tym momencie? Byłem ekstremalnie szczęśliwy, że udało mi się to, co zaplanowałem. Celem było ukończenie biegu i to zrobiłem. Miejsce i czas nie mają znaczenia.

 

Atmosfera

Maraton Karkonoski - z medalem
Maraton Karkonoski – z medalem

Brałem udział w wielu biegach. Atmosfera podczas Maratonu Karkonoskiego była jedną z najprzyjemniejszych, jakie spotkałem. Dobra organizacja strefy startu i całej trasy. Miła i pomocna obsługa. Na punktach żywieniowych może nie było bogato, ale poza wodą i izotonikiem tak naprawdę niczego nie potrzebowałem. Po zakończeniu biegu były leżaki, arbuzy, makaron z sosem pomidorowym (wersja mięsna i wegetariańska), dla chętnych możliwość pomoczenie nóg z zimnej wodzie.

Bardzo podobało mi się zachowanie turystów na trasie. I nie chodzi o to, że w większości sami z siebie ustępowali drogi (w końcu biegnący byli też turystami na takich samych zasadach), ale praktycznie cały czas dopingowali do wysiłku i zachęcali do biegu. Może trochę gorzej z tym było w okolicach Śnieżki, ale dyskusja o turystach (nie wszystkich!) wjeżdżających w góry wyciągami to temat na inną opowieść.

Było też coś, czego przynajmniej podczas maratonów w Warszawie nie doświadczy nikt, kto kończy bieg pod koniec limitu czasu. Biorąc udział w Maratonie Karkonoskim i kończąc go jako jeden z ostatnich miałem możliwość obserwować dekorację zwycięzców. Ceremonia nagradzania najlepszych rozpoczęła się kilkanaście minut po zakończeniu limitu czasowego. Drobiazg, ale tego organizatorzy wielu biegów w Polsce mogliby się uczyć w Szklarskiej Porębie.

Na koniec o sympatycznym, ale też i ważnym geście ze strony organizatorów, którego się nie spodziewałem. Bieg odbywał się 1 sierpnia. Punktualnie o godz. 17.00 organizatorzy poprosili o uczczenie minutą ciszy 71. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego oraz pamięci himalaisty Olka Ostrowskiego, który zginął kilka dni wcześniej na stokach Gasherbruma II.